Baltic Energy Team na Brassfahrt 2026. Dobry początek sezonu i mały niedosyt

Baltic Energy Team rozpoczął sezon 2026 od startu w regatach Brassfahrt w Travemünde. Załoga Roman Paszke / Marcin Ślęzak, płynąca na jachcie Figaro 3, zajęła 4. miejsce w swojej klasie. To był pierwszy poważny sprawdzian sezonu: sportowy, organizacyjny i promocyjny.

O Brassfahrt słyszeliśmy już wcześniej. To nie są regaty z końca świata — Travemünde leży stosunkowo blisko Gdańska, a żeglarsko jesteśmy przecież w tej samej bałtyckiej rodzinie. Lubeka, której Travemünde jest awanportem, to dawne miasto hanzeatyckie. Podobnie jak Gdańsk. Historia lubi takie połączenia: kiedyś Hanza łączyła porty handlem, dziś Bałtyk łączy je żeglarstwem, energią i sportową rywalizacją.

Travemünde

Samo Travemünde bywa nazywane niemieckim Sopotem. Coś w tym jest. Nadmorski spokój, promenada, kawa, spacerowy rytm dnia. Życie płynie tu raczej leniwie — przynajmniej do momentu, kiedy do portu zaczynają przypływać jachty regatowe. Wtedy nagle robi się mniej kurortowo, a bardziej sportowo. Zamiast rozmów o pogodzie w wersji turystycznej zaczynają się rozmowy o wietrze, zmianach kierunku, taktyce, wyborze żagli i o tym, kto gdzie będzie szukał prędkości po starcie.

Brassfahrt to regaty dla tych, którzy lubią żeglarstwo morskie w czystej postaci. Ścigają się tu zarówno singlehanded, czyli żeglarze samotnicy, jak i załogi doublehanded — dwuosobowe. Formuła doublehanded rozwija się dziś wyjątkowo szybko. Jest wymagająca, dynamiczna i bardzo konkretna. Na pokładzie nie ma dużej załogi ani wąskiego zakresu kompetencji. Są dwie osoby, jacht, morze, pogoda i lista zadań, która nigdy się nie kończy.

W doublehanded wszystko trzeba robić we dwóch: prowadzić jacht, zmieniać i trymować żagle, pilnować nawigacji, analizować pogodę, podejmować decyzje taktyczne, jeść, odpoczywać i jeszcze zachować na tyle przytomności, żeby po kilkudziesięciu godzinach nadal utrzymać skupienie. To piękna formuła, ale niesłychanie wymagająca — fizycznie i psychicznie.

foto: Magdalena Hufnagel

Do Travemünde dotarliśmy dwa dni przed startem. Ten czas wykorzystaliśmy na treningi, kalibrację systemów nawigacyjnych i sprawdzenie elektroniki. W regatach morskich takie rzeczy nie są dodatkiem, tylko częścią wyniku. Kompas, autopilot, instrumenty wiatrowe, ustawienia systemów pokładowych — wszystko musi ze sobą rozmawiać.

Spodziewaliśmy się mocnej konkurencji i nie zawiedliśmy się. W porcie stały szybkie jachty, dobrze przygotowane załogi i zawodnicy, którzy nie przyjechali tu wyłącznie po pamiątkowe zdjęcie na tle mariny. Było widać trening, doświadczenie i wolę walki. Ale była też bardzo dobra atmosfera. Uśmiechy na kei, rozmowy między załogami, życzliwość organizatorów i to charakterystyczne napięcie przed startem, które zna każdy, kto choć raz czekał na sygnał rozpoczęcia procedury startowej.

foto: Magdalena Hufnagel

Sam wyścig nie ułożył się dla nas idealnie. Figaro 3 to jacht stworzony do mocniejszego wiatru i większej fali. Lubi, kiedy można go rozpędzić, wykorzystać jego potencjał i pozwolić mu żeglować w warunkach, do których został zaprojektowany. Tymczasem Brassfahrt przywitał nas słabym, zmiennym wiatrem i podmuchami, które pojawiały się tam, gdzie nie powinny, a znikały tam, gdzie bardzo by się przydały.

W takich warunkach lżejsze jachty często mają przewagę. Figaro 3 w słabym wietrze trochę przypomina sportowy samochód stojący w korku. Wiadomo, że potrafi dużo, ale okoliczności nie pozwalają mu tego pokazać. Trzeba wtedy żeglować cierpliwie, czysto wykonywać każdy manewr, pilnować trymu, szukać ciśnienia w żaglach i nie dać się ponieść frustracji. Zwłaszcza tej ostatniej.

Nasz start w wietrze, którego siła dochodziła do zaledwie 3 węzłów, nie był najlepszy. Od początku musieliśmy odrabiać straty. Przy niestabilnym wietrze to trudne zadanie. Nie ma prostych prezentów od morza. Jest obserwacja, koncentracja i szybkie decyzje. Trzeba wiedzieć, kiedy zaryzykować, a kiedy po prostu płynąć swoje i nie przeszkadzać jachtowi.

foto: Magdalena Hufnagel

Stopniowo wracaliśmy do gry. Nie wszystko wyszło tak, jak chcieliśmy, ale wiele rzeczy zadziałało. Były dobre momenty, dobre decyzje i fragmenty wyścigu, w których czuliśmy, że łapiemy właściwy rytm. Ostatecznie zakończyliśmy regaty na 4. miejscu w swojej klasie. Dobry wynik na otwarcie sezonu, choć — nie ukrywamy — z lekkim niedosytem.

Brassfahrt był dla nas także ważnym wydarzeniem promocyjnym. Nasz sponsor, marka LOTTO, zaprosił dziennikarzy, którzy towarzyszyli nam w przededniu startu podczas treningów oraz w dniu rozpoczęcia regat. Były rozmowy z telewizją, kanałami YouTube i portalami internetowymi. Pojawiły się pierwsze publikacje w polskich i niemieckich mediach, a przed nami kolejne materiały, między innymi w telewizji śniadaniowej oraz w programie „Do brzegu” w TVP3 Gdańsk.

foto: Olek Pieciukiewicz

Dla Fundacji Baltic Energy takie starty są czymś więcej niż sportowym kalendarzem. To sposób budowania wiarygodności. Nie chcemy mówić o Bałtyku wyłącznie z brzegu, z sal konferencyjnych czy z dobrze przygotowanych prezentacji. Chcemy być na wodzie, w portach, na regatach, wśród ludzi, którzy naprawdę rozumieją morze, wiatr, technologię i odpowiedzialność.

Baltic Energy Team jest sportową częścią tej opowieści. Każdy start, każda trasa i każda relacja z pokładu pomagają pokazać, że Bałtyk to nie abstrakcyjne hasło. To konkretna przestrzeń działania: sportu, energii, współpracy i promocji partnerów, którzy chcą być częścią tej zmiany.

Z Travemünde wracamy z czwartym miejscem, doświadczeniem i bardzo prostym wnioskiem: chcemy tam wrócić. Koniecznie. Bo są regaty, po których człowiek mówi: „fajnie, było”. A są takie, po których zaczyna planować kalendarz na przyszły rok.

Brassfahrt zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

foto: Magdalena Hufnagel